Świat XX i XXI wieku – rzeczywistość paradoksalna. To krótkie, ale jakże rzeczowe stwierdzenie zabiera nas w wędrówkę po świecie, w którym przyszło nam żyć. W wędrówce tej jednak nie będziemy szli prostymi ścieżkami logiki i sensu, ale pójdziemy drogami, które człowiek sam stworzył przez ostatnie dziesiątki lat. A drogi te wprowadzają nas w absurdalną rzeczywistością, paradoksalną myśl, w świat pełen banalności i bezsensowności.
Te kilka słowa wstępu były konieczne, aby tę wędrówkę rozpocząć. I tak wchodzimy na pierwszą drogę, która została pieczołowicie stworzona przez zachodni świat. Jest to droga „zabicia Boga”. I choć od razu przed oczami katolika staje obraz ukrzyżowanego Chrystusa, to śmierć Boga w XX i XXI wieku wydaje się jeszcze okrutniejszą wizją. Nie tyle umarł Bóg w ciele, co został zabity Bóg w duchu. Upadek wszelkiej moralności, etyki, poszanowania życia ludzkiego, prawa naturalnego. Człowiek „zabił” Boga wraz z Jego „Duchem”, wszelką myślą, istotą. I choć te słowa z teologicznego punktu widzenia zakrawają na herezję to jakże prawdziwe się wydają. Jakże dotykają każdego człowieka, który w tym Bożym Duchu spogląda na otaczającą go rzeczywistość. Jak Bóg ma działać w świecie, w którym nie ma miłości, w świecie w którym nie ma zrozumienia, w świecie w którym nie ma życia. Tak..., trzeba przyznać za niemieckim filozofem Fryderykiem Nietzschem „Gott ist tot” – Bóg jest martwy...
Jednakże jeszcze nie ta myśl wydaje się być paradoksem. Ów paradoks kształtuje „stworzenie” przez człowieka boga, który miałby zastąpić chwilę wcześniej zabitego Boga. Świat po dokonaniu bezlitosnej egzekucji na Bogu zorientował się, że nie może bez Niego istnieć. Wszystko zatraciło pierwotny sens, logikę, i prawdę powiedziawszy świat istnieć bez Boga nie może. Dlatego też człowiek po raz drugi wziął sprawy świata w swoje ręce stwarzając sobie boga, któremu nadał imię władza, moc, panowanie. Ów bóg świata zapragnął być wszechmocny, jednakże pojawił się kolejny problem... bogów powstało wiele. Faszyzm, komunizm itp. Który zatem bóg był lepszy? Tak powstał bóg jedyny – wojna. Wojna, która doszczętnie zrujnowała świat. Wojna, która zapanowała nad całą historią świata. Wojna, która po śmierci Boga już całkiem świat upodliła i odczłowieczyła. I tak świat zawołał: Umarł Bóg, niech żyje bóg....
Paradoks śmierci Boga i narodzin boga, w latach 90-tych XX wieku nabrał jeszcze innego wymiaru. Daleko szerszego i co gorsza możliwe, że o wiele niebezpieczniejszego nawet od boga wojny. Człowiek stworzył sobie płaszczyznę poznania boga, w której to wybiera sobie co jest dobre a co złe. Bóg, którego także człowiek tworzy jak się mu podoba, ma się dostosować do moralności, etyki, prawa człowieka. Nie bóg jest stwórcą, ale elementem stworzenia. Nie bóg kształtuje prawo, ale podlega prawu. Nie bóg sądzi moralność, ale sam jest sądzony. Ten paradoks sprawił, że człowiek zabija bo ma do tego prawo, a jego bóg się na to godzi. Człowiek dokonuje aborcji, gdyż jego moralność na to pozwala. Człowiek kradnie, bo bóg temu błogosławi, liczy się przecież zysk i materialne zwycięstwo. A co bóg na to? Cóż bóg może? - w końcu sam podlega ocenie świata. Bóg człowiekowi jest potrzebny tylko do tego, aby ktoś „błogosławił” temu porządkowi świata. Ktoś musi to pieczętować swoją osobą. Przecież to nie człowiek czyni zło, to bóg tak chce. Dlatego też zabijajmy. Zabiliśmy Boga i nic się nie stało... zabijajmy więc i człowieka, też nic się nie stanie... pozabijajmy się więc wszyscy wzajemnie ... zostanie tylko bóg. Nieśmiertelny, wszechmocny bóg - śmierć, który będzie drwił z człowieka. Który „splunie” z pogardą i śmiechem na człowieka, mówiąc: „jaki z ciebie człowieku był głupiec – stworzyłeś boga, który cię zabił, i to zabił nie swoimi, ale twoimi rękami...” To jest paradoks świata współczesnego...
Człowiekowi wydawało się, że coś pochwycił, a tak naprawdę sam został pochwycony. Zawładnął nim bóg, którego człowiek sam stworzył. Konsumpcjonizm i materializm definitywnie pokonały świat duchowy i kontemplacyjny. Doprowadziło to. do kolejnego dramatu świata. Człowiek tak się upodlił, że już we własnych oczach stał się „czymś”, a nie „kimś”. Takie pojmowanie świata ma swój początek w zabiciu Boga Osoby i stworzeniu boga rzeczy, myśli. Wszystkie używki świata stały się bogiem, który zakrólował w naszym życiu, stał się niepodważalnym fundamentem naszej rzeczywistości, na którym budujemy prawo i całe nasze życie, a przynajmniej to, co nazywamy życiem. Bóg jest przedmiotem i podlegający mu człowiek także musiał się nim w konsekwencji stać. Nałóg mnie pokonuje, a wiec rozumuję, że jestem mniejszy od nałogu. Takie myślenie w końcu doprowadziło nas do tego, że już człowiek, bliźni stał się przedmiotem we wszelkich relacjach. Człowiek się sprzedaje: swoje ciało, myśli a nawet duszę, którą odrzucił przez zabicie Boga.
W tym świecie pełnym „czegoś”, a nie „kogoś” człowiek zgodził się na zło, a wręcz zmienił całkowicie wartościowanie, tak że to co było złe stało się co najmniej normalne, a często i dobre. Dlatego też świat zgodził się na zabójstwa, aborcje, eutanazje, gwałty, alkohol, papierosy, narkotyki, pornografie czy przekleństwa. Człowiek stał się „przedmiotem na sprzedaż”. „Rzeczą”, którą w każdej chwili można zniszczyć, zastępując ją nową, lepszą. A jeśli ten nowy „przedmiot” nie spełnia pokładanych w nim nadziei, cykl się powtarza. Śmierć, narodziny – narodziny, śmierć. I niby to normalny, ludzki cykl, tyle że kiedy zagłębimy się w niego bardziej zobaczymy, że wygląda on trochę inaczej niż tego chciał Bóg: Zabicie, stworzenie człowieka – stworzenie, zabicie. I tak człowiek stworzyciel i człowiek zabójca wykrzyczał: Umarł Bóg, niech żyje bóg. Umarł Bóg Osoba, niech żyje bóg rzecz...
Zastanawiające jest to, że człowiek się nie broni przed własnym upadkiem, a wręcz przeciwnie ciągle wymyśla nowych bogów, którzy coraz bardziej go odczłowieczają. I tutaj wchodzimy na trzecią płaszczyznę śmierci Boga; na płaszczyznę zabicia Ciszy. Świat tak bardzo się bał sumienia, które musiało się odezwać po zabiciu Boga, że musiał je zagłuszyć. Konsekwentnie realizował ten plan stwarzając hałas, który zawładnął ziemią. Hałas stał się trzecim bogiem świata współczesnego, obok śmierci i rzeczy. A cisza? – cisza dotykała duszy człowieka. Sprawiała, że odzywał się delikatny głos sumienia, którego człowiek zabić nie umiał, bojąc się własnej śmierci. Dlatego cisza tak bardzo przeszkadzała. Cisza paradoksalnie stała się najgłośniejszym krzykiem Boga – krzykiem, który wydał Bóg umierając, zabijany przez człowieka.
Cisza? – tak delikatna, w ludzkich oczach stała się najgroźniejszą bronią, a nie Zbawicielem. Była jedyną bronią, która mogła uratować świat przed zagładą. Cisza mogła przynieść wybawienie światu, mogła wyciągnąć człowieka z bagna obojętności, pazerności i zła. Ale człowiek na to nie pozwolił. Nie mógł człowiek pozwolić dojść do władzy tak niepozornej istocie. Cisza wydawała mu się słaba, za słaba, aby być zbawicielem. Człowiek innego zbawiciela oczekiwał. Tak, więc nie mogła cisza stać się Bogiem. Dlatego też człowiek zaczął krzyczeć. Człowiek zaczął produkować hałas, który zagłuszył ciszę. Świat zapragnął mieć inną władzę, władzę potężną. Śmierć i jej potomstwo – materia, rzeczy; tylko one mogły panować na tym świecie. A gdzie śmierć, tam i krzyk. Gdzie są rzeczy tam i hałas. I tak człowiek zabił Ciszę, ostatni wydawałoby się ratunek dla świata. Ratunek dla istnienia ludzkiego. Człowiek zabił ciszę, aby w konsekwencji zabić sumienie, które jeszcze się odzywało. Zabijając ciszę, zniweczył człowiek głos sumienia, w konsekwencji dając przyzwolenie samemu sobie, na zabicie siebie... Świat tryumfalnie, w niewysłowionym jazgocie czynów, myśli, słów i zachowań wykrzyczał po raz trzeci: Umarł Bóg, niech żyje bóg... Umarła Cisza, niech żyje hałas...
Czy ta - często nazywana pesymistyczną - rzeczywistość na zawsze zwyciężyła? Czy już nigdy nie będzie ciszy? Czy już nigdy na świecie nie będzie „kogoś”, ale na wieki „coś”? Czy w końcu już nigdy Bóg nie zakróluje? Na te pytania jest tylko jedna odpowiedź. Zależy to tylko i wyłącznie od człowieka. Tylko człowiek, ten który doprowadził do takiej paranoi, do takiej beznadziei i zniszczenia może to naprawić. Tylko człowiek, który już dzisiaj widzi, jakim był głupcem podejmując decyzję zabicia Boga, może zabić stworzonego przez siebie boga. Tylko człowiek....
Wydawać by się mogło, że pomniejszam w tych słowach rolę Boga, któremu całkowicie odebrałem głos, kształtując rzeczywistość antropocentrycznie. Tylko człowiek ma glos. Tylko człowiek decyduje. Ostatecznie człowiek może zabić Boga. Gdzież, więc jest ten Bóg, wszechmogący Bóg Stworzyciel, Bóg zbawiciel, Bóg sędzia? Wydaje się, że Bóg spogląda na człowieka z drzewa krzyża. Człowiek nie pozwala Mu z tego krzyża zejść, a wręcz w każdej chwili wbija kolejne gwoździe w ramiona i nogi Boga. Bóg zaś płacze nie nad swoim losem, lecz nad naszym. Patrzy i płacze jak człowiek zmarnował największy dar miłości jaki kiedykolwiek otrzymał – wolność. Bóg ciągle krzyczy, woła, szepta, nawołuje człowieka do zmiany, ale ten już Boga nie słyszy, Boga nie chce słyszeć. A Bóg do końca umiłował człowieka, tak, że nawet bronić się nie będzie przed kolejnymi gwoździami wbijanymi przez ludzkich oprawców. Ale Bóg się nie poddaje, Bóg wierzy w człowieka, wierzy, że ten zrozumie czym jest wolność i gdzie jest miłość. Bóg rozlał w świecie „nadzieję, która zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych” (por. Rz 5, 5).
Tylko czy człowiek to zrozumie, a nie pójdzie jeszcze dalej w tym absurdzie i paradoksie. Czy człowiek widząc, że to co stworzył przyniosło tylko destrukcję, nie zapragnie poddać się tej destrukcji ostatecznie „zmiatając swoimi rzeczami” całą ludzkość z powierzchni ziemi? Jakże niewiele do tego pozostało, że pozabijamy się wszyscy wzajemnie, i pozostanie tylko bóg, „największe dzieło” człowieka, które przerosło swojego stwórcę, tak iż nie potrafił zniszczyć tego co sam stworzył.
Ale dzisiaj jest jeszcze czas. Choć niewiele, to jest jeszcze szansa, aby ten świat przestał być absurdem, a otaczająca nas rzeczywistość paradoksem. Wystarczy, że człowiek pozwoli zmartwychwstać ciszy, tak aby ona wydobyła swój krzyk, który dotknie serca ludzkie. Serca, które na nowo poczują, że są „kimś” a nie „czymś”, co w konsekwencji pozwoli zabić boga, dając miejsce zmartwychwstającemu Bogu. Tylko opamiętanie człowieka i otworzenie się na prawdziwego Boga może przynieść wybawienie dla świata. Dlatego trzeba, aby dzisiaj człowiek „wbrew nadziei uwierzył nadziei” (por. Rz 4, 18) i pozwolił Chrystusowi „zmartwychwstać jeszcze raz”. Trzeba, aby człowiek przyjął zmartwychwstającego Pana i pozwolił Mu świat przemieniać. Trzeba, aby „to, co dawne, minęło, a wszystko stało się nowe.” (por. 2Kor 5, 17) Kiedy już świat na nowo się narodzi. Kiedy wszystko zostanie odnowione, kiedy dobro będzie dobrem, a zło złem, wtedy świat XXI wieku będzie mógł ostatecznie wykrzyczeć: umarł bóg, niech żyje Bóg....

